Ehe. To ja już na pewno wiem, że za bardzo zwracam uwagę na negatywne strony wydarzeń, i omijam pozytywy. Czyli, w skrócie - jestem zwykłą marudą. Jeeezu, naprawdę jestem.
Byliśmy wczoraj z B. w Kulturalnej na koncercie 'A Place To Bury Strangers'. Niestety, ja się rozczarowałam. Pamiętam, jak to wyglądało 2 lata temu w Londynie, zupełnie inna oprawa, atmosfera, oświetlenie, nawet aranżacja, kurde. Wczoraj się czułam jak na jakimś koncercie electro, wtedy - gitary, gitary, gitary. Ale jestem cholernie uradowana (nie wiem, czy nie za bardzo!) tym, co się zdarzyło po koncercie. Oliver zszedł ze sceny i wmieszał się w tłum, przeszedł parę kroków od miejsca, gdzie staliśmy, na chwilę gdzieś zniknął, a potem poczułam czyjeś ręce na ramionach (!), odwracamy się z B., a tam - uśmiechnięty Oliver, zahuczał, zaklaskał i poszedł dalej. :D Aaaa. No ale fakt, widziałam, że w trakcie koncertu na dłużej zatrzymywał na mnie wzrok.
Dostałam pracę. W pracowni architektonicznej. Będę zajmować się księgowością, HRem, PRem, czyli po prostu prowadzenie biura. Duuże wyzwanie, ale fajne. Pół godziny po telefonie potwierdzającym moje zatrudnienie odebrałam telefon numer 2, z innej pracy (Columbia Sports Wear) zapraszający mnie na rozmowę.
To takie typowe. Miesiącami posucha, a tu człowiek nawet się nie wysila i sprawy same mu się załatwiają. W każdym razie - szefów mam fajnych, bardzo. Od października zaczynam. Ale żeby mi za dobrze nie było, również wczoraj kompletnie dałam ciała na statystyce. Tego tematu póki co kontynuować nie zamierzam.
Intensywny dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz