Jutro. Ehe.
Boję się tak, że nie wiem.
Oczywiście, jeśli coś pójdzie nie tak (a pewnie pójdzie), to będzie tylko i wyłącznie moja wina, moja bardzo wielka wina. Za opieszałość się płaci. Ciekawe, jak wysoko będzie tym razem.
Poza tym leje od tygodnia. W weekend na grzyby, u mnie znów przymusowy zielony detoks (co się dzieje, że tak trudno to zdobyć, no co?!), schudłam przypadkowo na tyle, że mieszczę się w bordowe skórzane rurki (whoa!) i nie mogę się doczekać jakiegoś wyjścia, żeby się nimi pochwalić, komputer-emeryt z podniesioną głową żegna się z życiem, a ja znów myślę o gwoździu.
Jestem nudna jak flaki z olejem, a ludzie mnie nudzą. Kiedyś wkurzali. Póki co wytrwale słucham, ale nie wiem, jak długo wytrzymam to ciągłe ględzenie docierające zewsząd. Byłoby fajnie siedzieć sobie w kącie, palić papierosa za papierosem, wyglądać zabójczo i nie musieć się tłumaczyć 'czemu tak siedzę w samotności, zamiast się integrować'. Odpowiada mi rola cynicznej babci z cygaretką sarkającej w kącie pod nosem.
Ale z drugiej strony... gdyby wszyscy dali mi spokój, płakałabym, że nikogo nie obchodzę. Weź tu, kurde, dogódź Kotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz